// Opowieść z dreszczykiem i Otwockiem | Włóczykije.eu

Opowieść z dreszczykiem i Otwockiem

Wpis z 11 czerwca 2011, wstawiony przez

W piątek, jadąc z Ochoty przez Mokotów i omijając z obawy przed Kung-Fu Pandą Wilanów

Ile gołębi, tyle głosów, w którą stronę należy jechać

…zatrzymaliśmy nasz dwuosobowy jednoślad na chwilę na stacji Warszawa Miedzeszyn, by zaopatrzyć się w truskawki i móc zaszczycić najbliższy pociąg Szybkiej Kolei Miejskiej naszą obecnością. Pociąg przyjechał po ok. pół łubianki, a podróż przebiegła przez zakłóceń, za to z komplementami miłego pana będącego pod wrażeniem naszego pojazdu, jak też wcześniej spożytych napoi butelkowanych. Rozstaliśmy się z nim, gdy pomógł wystawić pojazd na peron (niestety była to stara SKM, w której trzeba pokonać stopień by wydostać się z pociągu), i udaliśmy się przed dworzec.

Choć było już późno, przed dworcem było zaparkowanych znacznie więcej rowerów niż na tym zdjęciu.

Przed dworcem wsiedliśmy na rower i wjechaliśmy na uliczkę parkingową, na której rozgrzewała silnik taksówka. Zakładaliśmy, że nas wyprzedzi zanim włączymy się do ruchu, jednak ruszała ospale (zdecydowanie bardziej niż stojąca na stacji lokomotywa) i ostatecznie znaleźliśmy się na jezdni pierwsi. Przejazdy między filarami, na których spoczywają wiadukty  z torami, są zbyt wąskie, by pozwolić na bezpieczne wyprzedzanie, więc taksówka musiała jechać za nami. Na krótkiej prostej pod górkę jechało kilka samochodów z naprzeciwka, więc i przed rondem nas nie wyprzedził.

Ola chciała  byśmy zobaczyli lokalny serwis rowerowy, więc w ostatniej chwili, nawet tego nie sygnalizując, zjechaliśmy z ronda w innym kierunku niż robimy to zazwyczaj – w prawo pod kątem prostym zamiast do tyłu. Pojechaliśmy mało uczęszczaną uliczką, a ja odetchnąłem z ulgą. Nie lubię, gdy samochód jedzie tuż za mną – zwłaszcza, gdy rower posuwa się niespiesznie. Minęły nas ze dwa bądź trzy samochody, a ja skorzystałem z okazji, by poprawić lusterko. Upewniłem się, że widzę jezdnię za nami i spojrzałem na punkt obsługi rowerów, z racji którego pojechaliśmy inną drogą. Po chwili jednak spojrzałem ponownie w lusterko – coś tu nie grało.

Samochód, który zdawał się stać zaparkowany przy krawędzi jezdni za nami wciąż znajdował się w tej samej odległości od nas. Czarny mercedes z wyłączonymi światłami i krzaczastą anteną na dachu sunął za nami, mimo że nic od dłuższego czasu nie jechało z naprzeciwka. Wyłączony neon na dachu wskazywał, że była to ta sama taksówka, która ruszyła za nami na dworcu. Dziwny zbieg okoliczności. Wzruszyłem ramionami i pomogłem partnerce w podróży opanować problemy logistyczne wynikające z pedałowania, trzymania łubianki i zsuwania się torby z ramienia w tym samym czasie. Tym bardziej, że za chwilę skręcaliśmy w prawo, by zrobić kółko prowadzące nas do celu podróży. Bylibyśmy tam prędzej, zjeżdżając z ronda tak jak zwykle, jednak teraz przynajmniej wiedziałem, gdzie znajduje się najbliższy serwis.

Skrzyżowanie było równorzędne, a po drugiej jego stronie stała duża liczba samochodów przed kościołem. Zapewne trwały przygotowania do Zielonych Świątek, do których zamierzał dołączyć również taksówkarz.  Z racji tego, że Ola miała zajęte obie ręce, zasygnalizowanie skrętu zawczasu było niemożliwe, jednak nic nie jechało, udało się więc płynnie skręcić w prawo.  O dziwo, jak przekonałem się po chwili w lusterku, udało się to również taksówkarzowi. W ogrodzeniu po prawej znajdowała się furtka na osiedle, jednak by do niej dojechać, trzeba by pokonać krawężnik i trawnik, uznaliśmy więc, że prościej będzie dojechać do głównej bramy. Zaśmialiśmy się nerwowo ze zbiegu okoliczności, który spowodował, że taksówka jedzie tą samą drogą, co my, i po chwili znów skręciliśmy w prawo. Tym razem trasa taryfy nie mogłaby się pokrywać z naszą, gdyż oznaczałoby to oszukiwanie klienta. Do tego punktu można było dotrzeć szybciej zjeżdżając z pierwszego ronda w innym kierunku. Faktycznie, tuż po skręcie w lusterku nie było widać sunącego za nami od dworca czarnego mercedesa z wyłączonymi światłami.

A jednak… Odetchnięcie z ulgą zamarło w gardle, gdy zobaczyłem znajomy kształt maski w odbiciu ulicy za sobą. Cóż, tuż przed nami brama. Zatrzymamy się przed nią, minie nas, i okaże się, że był to jednak tylko zabawny zbieg okoliczności.

Połowę planu udało się zrealizować. Zatrzymaliśmy się przed bramą. Ale taksówka zrobiła to samo. Ola zaczęła szukać kluczy, a ja spojrzałem na samochód stojący dwa metry za nami. Odetchnąłem z ulgą – obok kierowcy siedziała dziewczyna – najwyraźniej taksówkarz chciał tylko naciągnąć nieznacznie pasażerkę jadącą na to samo osiedle, co my. Po chwili jednak zorientowałem się, że coś wciąż tu nie gra. Pasażerka nie wyglądała, jakby zamierzała wysiąść z samochodu. Za to do wyjścia szykował się kierowca.

Tytułowy dreszczyk przeszedł bezpowrotnie, gdy prawda wyszła na jaw. Otwocki taksówkarz został kolejnym członkiem fanklubu naszego dwuosobowego zespołu rowerowego. Śledził nas, gdyż nie mógł się napatrzeć na nasz bibicykl! Poprzyglądał się, pogawędził i po chwili zabrał siedzącej w taksówce córce telefon, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. A my, spełniwszy obowiązki sław wobec swoich fanów, mogliśmy już wejść na osiedle i zabrać się za robienie zasłużonej zupy szczawiowej…

 

 

….

 

 

Zdając sobie sprawę, że czytelnicy mogli liczyć na nieco bardziej dramatyczny koniec, aby nieco pocieszyć zawiedzionych, zamieszczamy poniżej  zdjęcie ilustrujące pomalowany proszkowo przedmiot pożądania, jak też ruchomy wizerunek tego cuda techniki XXI (jak też XIX) w. w akcji.

Jednośladowy pojazd dwuosobowy

A to scena z Warszawskiej Masy Krytycznej:


Podziel się z innymi:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

stat4u