Przed podróżą na południowy wschód, czyli w kresowe krainy, odwiedziliśmy dla kontrastu egzotyczny południowy zachód, czyli ziemie nad Utratą, a konkretnie Zimną Wodą, czyli jej dopływem. Choć jak można się domyśleć po nazwie odnogi, nie było to zbyt dalekie południe, pora roku powodowała, że wszystkie żywioły były nader ciepłe. Szalejąca w regionie egzotyczna roślinność wszystkimi liśćmi głosowała za teorią ocieplania się klimatu…
…choć niektóre starały się lepiej zorientować w sytuacji, szukając bardziej obiektywnego punktu widzenia, trochę się przy tym napuszając…
…a inne skłaniały się do prehistorycznych poglądów. Przodowały w tym paprocie, podobno podzielające poglądy przeważającej części skrzypów.
Nieco jednak wyprzedzamy wydarzenia. Wszak przed podróżą w czasie, trzeba było przemieścić się w przestrzeni, a konkretnie do Nadarzyna. Czynu tego dokonaliśmy za pomocą wspominanego już w poprzednich pocztówkach bibicyklu. Polipedałowa podróż nie pochłonęła przesadnej ilości czasu; pokonawszy przestrzeń pozostawało zatem przede wszystkim wypatrzeć podstępnie kryjący się park jurajski…

Czy to aby nie Sarlacc w letniej szacie?
…a następnie przedrzeć się przez porosty, których przyrost przerósł nasze oczekiwania. Niestety, połowa zespołu w tym miejscu zaginęła.
Jednak, jak się okazało, nie była to ostatnia próba. Do pokonania pozostawała przeprawa nad przerażającą przestworzami przepaścią, której brzegi łączyły jedynie dwie kłody…
…pod którymi czyhały przeddziejowe potwory.
Jakimś cudem znalazłem się po drugiej stronie nie straciwszy nawet obuwia. Kiedy jednak ocierałem pot z czoła, po drugiej stronie rwącego potoku na niespodziewanego włóczykija rzuciła się w napadzie furii feeria zieleni!
Z każdego zakamarka wypełzały potoki pędów. Najgorsza była krwiożercza koniczyna, atakująca intruzów wirującymi czteropłatowymi ostrzami.
Na szczęście mimo natłoku napastników nie baczących na lejący się gęsto chlorofil, udało się utrzymać pozycję.
Pokryty potem, rzepami i oparzeniami po trujących trawach mogłem odetchnąć i rozejrzeć się po podbitej przestrzeni. Choć posłany gęsto trup w pierwszej chwili zasłaniał zdobycze…
…po chwili przed podmiotem lirycznym rozpostarła się polana, co prawda pozbawiona jednorożców, ale nie uroku.
Jednak to nie piękno podstępnej przyrody zaprzątało mi umysł. Gdy podstawowe zagrożenie przeminęło, przypomniał o sobie przewód pokarmowy, pusty od aż za dobrze pamiętnych czasów. Jako że zwierzyna pierzchła z okolic pola bitwy, pozostawało pozbierać, co się da. Na szczęście dało się całkiem dużo i dobrze.
W napadzie głodu spałaszowałem połacie poziomek. Gdy nasycony podniosłem głowę, zostałem zaskoczony widokiem, którego spodziewałem się najmniej. Towarzyszka podróży, pochłonięta przecież przez porosty na samym początku końca podróży, siedziała, ot, opodal!
Jak się okazało, została nie tyle pożarta, co popchnięta (wpierw potknąwszy się) intuicją, by wybadać mniej uczęszczany a bardziej nasłoneczniony skrót. Panujące tam promienie słońca położyły już w dużej mierze kres panowaniu zieleni, przez co przedostanie się na drugą stronę nie wymagało zbytniego wysiłku, a wręcz mogło być postrzegane jako odpoczynek.
Nie pozostawało nic innego, jak przełknąć dumę, ucieszyć się niespodziewanym zwierzak ex machina, i zasiąść do zasłużonego odpoczynku przed kominkiem, w towarzystwie posłusznego ducha ognia.