Już sam przyjazd do Berlina zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Przyzwyczajona do uroków „odświeżonego” niedawno (nota bene za 47 mln złotych) Dworca Centralnego w Warszawie, rozdziawiłam usta na widok berlińskiego Hauptbahnhof.
Nic dziwnego. Jest to największy dworzec o formie wieżowej na świecie. Na linii napowietrznej znajdują się trzy perony, w tym jeden przeznaczony dla szybkiej kolei miejskiej. Pod ziemią zlokalizowano kolejne 4 dostępne wyłącznie dla ICE. Co ciekawe, równolegle do nich zbudowano stację linii metra. Niemiecki porządek i… pomysłowość – wszystko w jednym miejscu!
Już pierwszego dnia naszego pobytu u sąsiadów znad Szprewy, mogliśmy przekonać się, że berlińczycy, równie chętnie, co koleją miejską, podróżują rowerami. Trudno znaleźć w Berlinie miejsce, w którym nie byłoby widać rowerów i rowerzystów. Zresztą przestrzeni i specjalnie oznakowanych pasów ruchu w Berlinie nie brakuje.
Nawet poczta rozwożona jest tu na dwóch kółkach.
Berlin zachwycił mnie swoją różnorodnością. Dawna architektura doskonale komponuje się tu z nowoczesnością. Jako fanka Pilkingtona, z zaciekawieniem patrzyłam na kolejne budowle niemal w całości ze szkła. Muszę przyznać, że robią wrażenie.
Powyższe zdjęcia mogłyby świadczyć, że Berlin to miasto wieżowców i zamkniętych przestrzeni. Jednak nic bardziej mylnego. Mnóstwo tu parków, skwerów i placów zabaw – nie tylko dla dzieci…
Po kilku dniach włóczęgi (dosłownie) po berlińskich zakamarkach, musieliśmy wrócić do polskiej rzeczywistości. Cóż…nie było trudno. Wystarczyło wysiąść na jakże swojskim Centralnym.
Nie było trudno? Mnie każdorazowo powrót do Warszawy po pobycie w Berlinie przyprawia o uczucie, że mieszkam w kraju ciężko chorym – psychicznie. Długa i ciężka terapia się zapowiada.
Przyznam, że mam takie poczucie na co dzień, choć oczywiście kontrasty międzynarodowe je potęgują. Inna sprawa, że po takiej podróży można mieć nadzieję, iż za kilka(naście? dziesiąt?) lat dorośniemy i u nas będzie jak w reszcie Europy.