W tym roku złamaliśmy się i postanowiliśmy spędzić wakacje w krainie upałów, a dokładnie na południu Hiszpanii. Więcej! Pierwszy raz skorzystaliśmy z usług biura podróży… Jesteście zdziwieni? Dość długo nie mogliśmy się na to zdecydować, ale jako że wyjazd miał mieć charakter miodowy, uznaliśmy że wycieczka zorganizowana to niezła opcja. Koniec końców postanowiliśmy spróbować. Co prawda szybko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie jesteśmy fanami grupowego zwiedzania, ale dostrzegamy też sporo plusów, o czym później.
Niedogodności zrekompensowała nam sama Andaluzja – kraina flamenco, corridy i fiesty (zwanej też jogą iberyjską), będąca drugą pod względem wielkości współnotą autonomiczną Hiszpanii (jest ich 17). Nasza trasa wiodła z nieco przypoinającej Meksyk Almerii (w okolicach jest pustynia) przez Granadę, Cordobę, Sewillę, Jerez (miasto cherry), dalej przez Kadyks, skąd pojechaliśmy na Gibraltar, a potem przez położoną na skale Rondę do Malagi i pueblos blancos, czyli białych miasteczek polożonych wysoko w górach Sierra Nevada. Trasa dość długa i pewnie kosztowna jeśli chodzi o transport pociągiem. Punkt dla buira podróży!

Tajemnicza Alhambra i góry Sierra Nevada w tle. Na zdjęciu nie widać, ale poniżej rozciąga się Costa del Sol. Farciarze!
O Andaluzji można by pisać i pisać (dlatego lepiej umówić się na opowieści przy trunku). Każde andaluzyjskie miasto ma swoją specyfikę i charakter, ale łączą je upał i wspólna historia. W epoce średniowiecza tereny te zostały zdobyte przez Maurów. Co ciekawe kultura całego regionu była pod silnym wpływem muzułmańskim przez ponad 800 lat. Maurowie (wbrew pozorom, o czym przekonal nas przewodnik) przyczynili się do rozkwitu miast, zbudowali przepiękne budowle, zakładali uniwersytety, rozwijali naukę i sztukę. Wpływy arabskie widoczne są w całej Andaluzji, zwłaszcza w architekturze. Nawet najbardziej nowoczesne domy zdobione są arabskimi moazaikami, a dachy czy kominy przypominają te z meczetów.

Na wspólczesnym uniwersytecie klatki schodowe i patia wyłożone są arabską mozaiką (Doktor Maciej się o tym przekonał).

Nawet obraz Matki Boskiej na ścianie domu powstał z mozaiki. (P.S. Warto zauważyć, że im wyżej, tym więcej białych domów).
Mnie Andaluzja zachwyciła i to zarówno pod względem krajobrazów (morze, którze niemal styka się z wysokimi pasmami gór, półpustynna roślinność), jak i pod względem architektury. Chyba najbardziej reprezentatywnym (moim zdaniem) dla tego regionu miejscem jest znajdująca się na wzgórzach Granady Alhambra – trzynastowieczny zespół pałacowy emirów z dynastii Nasrydów. Odzwierciedla on arabską myśl architektoniczną i ówczesne podejście do świata. Oczarowała mnie także egzotyka Alhambry, niesamowite wnętrza, ogrody, zacienione alejki, wspaniałe fontanny i oczka wodne. Później, w kolejnych miastach, przekonaliśmy się, że architektura tego typu stała się podwaliną dla chrześjańskich obiektów.
Co ciekawe, Alhambrę zdobyła podstępem Izabeta Katolicka (zwana też Kastylijską, czyli ta od Inkwizycji), która wysłała na dwór króla piękną Zoraidę, by ta go uwiodła. Podczas uroczystości ślubu Zoraida zamiast szat muzułmańskich włożyła szaty chrześcijańskie, przez co kuzyni króla poczuli się zlekceważeni i odwrócili się od niego. Izabela po jakimś czasie zaatakowała osłabionego króla. Niestety chrześcijanie przyczynili się do późniejszej ruiny twierdzy….
Z Alhambry rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. W tle widać góry Sierra Nevada. Jako że byliśmy z grupą liczącą ponad 40 osób, nie mogliśmy dokładnie zwiedzić Granady (standarowo słyszeliśmy „Macie godzinę czasu wolnego”). Zresztą gdy zeszliśmy do centrum miasta, upał niemiłosiernie doskwierał (stąd baldachimy nad ulicami (zdjęcie niżej), a Hiszpanie sjestowali, co oznacza, że wiele przybytków było zamkniętych. Poszwędaliśmy się trochę, zwiedziliśmy arabski targ i stwierdziliśmy, że aby podtrzymywać fascynację arabska kulturą (również kulinarną) wybierzemy się na kebab. Ciąg dalszy nastąpi!

Centrum Granady – nad głównymi ulicami wieszano płachty materiału, by chronić mieszkańców przed słońcem.

Nieco chłodniej było na targu, gdzie niestety nic nie kupiliśmy (Mąż po ślubie trzyma kasę i nie pozwala na kupowanie bibelotów takich jak na zdjęciu :(