Dopadła mnie grypa. Nic przyjemnego… Leży człowiek w łóżku skołowany, obolały i nie ma siły (ani ochoty) zabrać się za nic pożytecznego. Z braku laku nadrabiam zaległości w czytaniu, coś tam oglądam, słucham. Normalnie marzyłabym o wolnym dniu w łóżku, ale takie przymusowe leżenie jakoś nie sprawia mi frajdy. Zwłaszcza, że za oknem świeci słońce i chciałoby się wyjść na dwór. Nic z tego! „Pacjent musi leżeć”… No to leży!
Skoro nie mogę iść na spacer, postanowiłam chociaż powspominać i obejrzeć zdjęcia z naszej międzyświątecznej wyprawy do Drezna, gdzie mogliśmy całe dnie szwendać się bez celu (przy temperaturze -7 dodam) i cieszyć się prawdziwą zimą, jakiej dawno u nas nie było.
Ale po kolei :) Zatrzymaliśmy się tuż obok Dresden Hauptbahnhof, skąd mieliśmy bardzo dobrą bazę wypadową, a przy okazji niesamowity widok z okna. Zwłaszcza dla kogoś, kto lubi pociągi i wszystko co z nimi związane :)

Nic dziwnego, że Maciek tkwił każdego ranka prawie 30 min z nosem przyklejonym do szyby i gapił się na jadące pociągi.
Trochę byłam zawiedziona, że nie mogliśmy pozwolić sobie na apartament w Grand Hotelu, ale cóż… Podreptaliśmy obok i z sentymentem wspominaliśmy pobyt w Łodzi – mieście na każdą kieszeń :)
Nie tylko my chodziliśmy w tę i we w tę. Będąc na drezdeńskiej starówce nie sposób nie zauważyć orszaku staromodnie ubranych jegomościów na koniach. Choć w zasadzie oni od ponad 100 lat poruszają się tylko w tę…

„Orszak książęcy” – malowidło z XIX wieku przedstawiające władców z dynastii Wettynów władających Saksonią od 1123 – 1918 r. Gdzieś w ogonie widać Augusta II – króla Polski.
Stolica Saksonii zrobiła na nas dobre wrażenie. Może nazwa „Florencji Północy” to trochę przesada, ale odbudowane po zbombardowaniu Drezna w 1945 r. budowle robią wrażenie.
Trochę nam zajęło, nim dotarliśmy do Zwingera – wybudowanego w stylu barokowym zespołu architektonicznego wzniesionego na życzenie (!) króla Polski Augusta II. Niegdyś August Mocniak przechowywał tu zbiory egzotycznych roślin, a także porcelany. Dziś odbywają się tu wystawy, pokazy, ale my na żadną atrakcję nie trafiliśmy. Nic jednak straconego – korzystając z parkowych terenów, rzucaliśmy się śnieżkami.
Dużą frajdę sprawiła nam wycieczka do Großer Garten. Mimo, że śnieg sięgał do kostek, wokół i w samym parku nie brakowało zarówno biegaczy, jak i rowerzystów.
W środku parku znajduje się całkiem okazały (choć nieco podniszczony) pałac, a na obrzeżach ogród zoologiczny i ogród botaniczny.
Chętnie wyprawialiśmy się też na drugą stronę Łaby na Nowe Miasto – dzielnicy mniej nadętej, tańszej i bardziej artystycznej. Już z mostu widać błyszczący tyłek Augusta II Mocnego popisującego się na koniu.
Tuż obok złotego ważniaka mieści się hala targowa, gdzie można było kupić różne przysmaki, ozdoby oraz świąteczne bibeloty. W ogóle na każdym rogu, z okazji świąt, rozstawione były świąteczne kramy, a nawet całe świąteczne miasteczka z szopkami, karuzelami itp.
Zapuściliśmy się też nieco dalej do Radeberger Vorstadt, by odwiedzić muzeum naszego krajana – Ignacego Kraszewskiego. (Mało kto pewnie wie, że Kraszewski spędził w Dreźnie na emigracji ok 20). Latem gościliśmy w Muzeum Kraszewskiego w Romanowie i byliśmy ciekawi, jak Kraszewskiego upamiętnili Niemcy. Muzeum było zamknięte na klucz, ale po naciśnięciu dzwonka otworzyła nam nieco powściągliwa Pani i mogliśmy sobie pozwiedzać. Dodam, że byliśmy jedynymi gośćmi.
Zawędrowaliśmy również do Yenidze – fabryki tytoniu w stylu meczetu zbudowanej na początku XX wieku dla niemieckiego przedsiębiorcy tytoniowego Hugo Zietza. Ów mąż zainspirował się architekturą Bliskiego Wschodu i podobno chciał, by budynek jego fabryki odróżniał się od barokowej architektury Drezna. Odróżnia się z pewnością… Choć chyba każdy zadaje sobie pytanie, o co come on?
Mogłabym jeszcze długo pisać o tym, gdzie byliśmy i co zobaczyliśmy. Chociażby pobyt w Muzeum Techniki to temat na osobny wpis :) Ale nie wszystko na raz. Jeszcze trochę pewnie poleżę.