Zdążyła już nadejść wiosna, a my nie zdążyliśmy nawet napisać o zimie… Tuż po świętach nadarzyła się nam okazja, żeby poćwiczyć niemiecki w Austrii – w Innsbrucku. Aby efektywnie wykorzystać czas (i pieniądze) postanowiliśmy wcześniej odwiedzić stolicę Bawarii – Monachium.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że na miejsce dotarliśmy pociągami. Z okazji świąt zakupiliśmy sobie bilety na 1. klasę.

Bawaria nie przywitała nas zbyt serdecznie. Co prawda Bawarczycy zdjęli czapki z głów, a nawet próbowali się kłaniać, ale z góry ktoś spuścił litry wody.

W zasadzie nie było się gdzie schować. Gdy na chwilę przestało siąpić z nieba, woda trysnęła z boku.

Cóż było zatem robić? Maciek miał pomysł, by zwiedzać Monachium na rowerach, ale udało mi się wyperswadować mu ten pomysł i ostatecznie zwiedzaliśmy miasto na piechotę.

I w których jest ciepło. Jeśli jest się zmarźniętym i wilgotnym od deszczu, najlepiej stanąć sobie na kracie-wywietrzniku, skąd leci ciepłe powietrze.

Po zwiedzeniu kilkunastu kościołów wybraliśmy się do Starej Pinakoteki będącą prawdziwą gratką dla miłośników Rembrandta i Rubensa. Polecamy ten adres.

Na koniec dnia trafiliśmy do najbardziej popularnego w Monachium browaru i piwiarni dworskiej – Hofbräuhaus am Platzl. Podobno pijał tu Hitler.

Po wielu godzinach łazikowania w śniego-deszczu czekała na nas jednak nagroda. Nie ma jak zasnąć w CIEPŁYM I SUCHYM łóżku, a właściwie łożu.

Nie uwierzycie, ale następnego dnia miasto się na nas odobraziło. Zaświeciło słońce. Monachijska starówka dała się nam poznać w zupełnie innym świetle.

Wycieczka cmentarna była dla ducha. Potrzebowaliśmy też czegoś dla ciała, dlatego udaliśmy się na plac, na którym odbywa się święto piwa – Oktoberfest. Niestety, jako że był już Dezember, musieliśmy zadowolić się smakiem piwa w pobliskiej knajpce. Ale przynajmniej zobaczyliśmy górującą nad okolicą Mariannę.