Po krótkiej przerwie, robimy sobie przerwę od planowania wypadu w Bieszczady i wracamy do łatwiej dostępnych wysp pobrytyjskich, czyli Irlandii. Zgodnie z zapowiedzią, pojawią się prezydenccy piloci i szlacheckie siedziby, jednak najpierw trzeba się ze ścisłego Malahide wydostać. Cel ten można osiągnąć na różne sposoby. Czy to wsiadając do kolejki na właśnie gruntownie remontowanym dworcu…
…czy też wsiadając na rower (do czego zachęcają irlandzkie władze), niekoniecznie w ostatnią podróż …
…bądź, po amerykańsku, pakując samochody do samolotów i przywożąc prezydenta. (Mój pobyt w okołodublińskich okolicach miał miejsca akurat podczas wizyty czarnoskórego prezydenta na zielonej wyspie.)
Oczywiście można po prostu skorzystać z jednego z piętrowych autobusów kursujących po całej aglomeracji. Należy tylko uważać przy wchodzeniu po schodach na zakrętach. Za to widoki z pierwszego rzędu drugiego piętra są całkiem ciekawe — zwłaszcza gdy mija się rozliczne przydrożne drzewa, nie tylko nie wycinane, ale miejscami też sprawiające wrażenie zbyt rzadko przycinanych.
Podróży samochodem nie ma co polecać — jak widać po przejeździe pod wiaduktem kolejowym, nie jest to środek transporty faworyzowany w bardziej rozwiniętych państwach.
Jako że większość miast Irlandii rozciąga się wzdłuż wschodniego wybrzeża, można też popłynąć wpław bądź kajakiem…
…albo po prostu pójść wzdłuż wybrzeża piechotą, co daje czas na podziwianie pejzaży i kolekcjonowanie kwiatków…
…choć oczywiście trzeba uważać na systemy obrony przed kontynentem europejskim, takie jak poniższy fragment linii McInota umiejscowiony w umocnieniach linii brzegowej.
Choć oczywiście w dzisiejszych pokojowych czasach otwory w ścianach mogą też służyć innym celom.
Niezależnie od tego, jaki środek transportu wybierzemy (poniższa relacja przedstawiona zostanie z perspektywy piechura), będąc w Malahide warto zajrzeć do pobliskiego zamku oraz przyległych posiadłości. Część tych drugich została przeobrażona w park miejski, w którym możemy podziwiać pamiętające przestronne połacie przeszłości pomniki przyrody.
Część parku położona najbliżej miasta ma kształt długiego owalu, po którego brzegu biegnie trasa spacerowa. W środku zaś za niskim żywopłotem umieszczono pole golfowe. Gdy byłem tam wieczorem, furtkę już zamknięto. Może i dobrze — wolałbym nie znaleźć się na trasie kolizyjnej z kulką golfową.
Całość parku, jak też sam zamek, przez niemal 800 lat (od 1185 do 1975, z wyjątkiem 11 lat za czasów Olivera Cromwella) były siedzibą rodziny Talbotów. Dopiero 35 lat temu Róża Talbot sprzedała posiadłości państwu irlandzkiemu, m.in. w celu pokrycia podatku spadkowego. Pewne kontrowersje wzbudziła wcześniejsze wyprzedanie wyposażenia zamku, jednak w żaden sposób nie umniejsza to wrażeń ze zwiedzania posiadłości, w tym zwłaszcza zielonej ścieżki prowadzącej z parku przez las do zamku. (Należy na niej jedynie uważać na obrzucającą się żołędziami młodzież — aczkolwiek należy jej przyznać, że w przypadku trafienia postronnego cywila, stosownie się kaja.)
Jeżeli uda nam się minąć bez szwanku wstawione między drzewa place zabaw, czeka nas widok Malahide Castle, rozbudowywanego zwłaszcza w XV i XVIII wieku. Jak widać, funkcja obronna została zastąpiona przez mieszkalną. Duża liczba i powierzchnia okien jest niezbędna, aby zapewnić dostateczną ilość światła księżycowego dla wszystkich mieszkających w zamku duchów, od poległego w dniu ślubu w piętnastowiecznej bitwie Sir Waltera Husseya przez poćwiartowanego sprzymierzeńca Olivera Cromwella po zamkowego błazna, Pucka.
W takiej sytuacji nie dziwi stawianie na dobre oświetlenie posiadłości.
Wracając przez osiemnastowieczny park krajobrazowy (choć parking i boiska zdają się być nieco nowszym dodatkami), warto zwrócić uwagę na drzewa dzielnie czekające na powrót przedstawicieli rodu, który je posadził. Jak widać, szeregiem strzegą strumienia i resztek muru broniących do niego dostępu.
Z drugiej strony gdzieniegdzie widać wielkich bohaterów czasów minionych, nie stanowiących już części wojska, a stojących samodzielnie, przytłaczając swym ogromem wszystkich konkurentów dookoła.
Niezależnie od tego, czy jesteśmy za Talbotami czy przeciw nim, żal tak szybko żegnać się z żyjątkami i żywicznymi porostami z żyznych ziem…
Jednak pocieszeniem po wyprawie na północny zachód powinien być wyjazd na południowy wschód, o którym wspominałem na wstępie. Lato nie jest co prawda najlepszym okresem na jeżdżenie na południe (prawda?), skoro i tak jest gorąco, ale słowo się rzekło. A po drodze powinna się jeszcze znaleźć chwila na wyprawę na pobliski południowy zachód.






















