Bydgoszcz znajduje się w elitarnym gronie Wenecji Północy, czyli miast, którym stara się dorównać włoskie centrum kanalizacji miejskiej.
Pogoda bywa zmienna, rozkłady też
Zgodnie z tradycją majowych wypadów do parków narodowych, udaliśmy się na tegoroczny krótki weekend na pograniczy Małopolski i Śląska, w Beskidy, a konkretnie do Babiogórskiego Parku Narodowego.
Wspomnienia z zimowego Drezna
Dopadła mnie grypa. Nic przyjemnego… Leży człowiek w łóżku skołowany, obolały i nie ma siły (ani ochoty) zabrać się za nic pożytecznego. Z braku laku nadrabiam zaległości w czytaniu, coś tam oglądam, słucham. Normalnie marzyłabym o wolnym dniu w łóżku, ale takie przymusowe leżenie jakoś nie sprawia mi frajdy. Zwłaszcza, że za oknem świeci słońce i chciałoby się wyjść na dwór. Nic z tego! „Pacjent musi leżeć”… No to leży!
Skoro nie mogę iść na spacer, postanowiłam chociaż powspominać i obejrzeć zdjęcia z naszej międzyświątecznej wyprawy do Drezna, gdzie mogliśmy całe dnie szwendać się bez celu (przy temperaturze -7 dodam) i cieszyć się prawdziwą zimą, jakiej dawno u nas nie było.
Ponie, to ponownie Piotrkowska!
Po przeglądzie pomysłów na powódź przewijających się przez Piotrkowską, przechodzimy do promenady właściwej, w tym co ciekawszych przechodzących przezeń postaci.

U stóp Kościuszki ze spiżu (a przynajmniej materiału spiżopodobnego) otwierają się wrota na ulicę. Jedną ich połę stanowi świątynia, drugą archiwum przypominające swymi kantami popożarowe kościoły siedemnasto-/osiemnastowiecznego Londynu, które tak rozbudziły wyobraźnię Petera Ackroyda.
Przeto to przedpotopowa Piotrkowska!
Ostatnie donosy prasowe zdają się sugerować, że każde przeciągające się opady deszczu, nawet lekkiego, grożą potopem. Podczas gdy Warszawa inwestuje w mało perspektywiczne w takiej sytuacji kolejki podziemne, Łódź stawia na bardziej wyporne rozwiązania. Będąc w drugiej częście duopolu łódzko-warszawskiego w listopadzie, postanowiliśmy sprawdzić jakie remedia przeciw upartym deszczopadom promowane są na ulicy Piotrkowskiej, kilkukilometrowym deptaku miejskim.
Necesita ver de Andalucía, czyli co każdy turysta zobaczyć musi – w dużym skrócie…
Andaluzyjskie miasta na pierwszy rzut oka są do siebie dość podobne. Wszystkie skąpane są w słońcu (Podobno w tym regionie 360 dni w roku świeci słońce), co wymusza specyficzną architekturę. Niestety, w większości przypadków widzieliśmy tylko starówki i dzielnice „turystyczne” (tym razem minus dla biura podróży), ale sądzę, że pozwala to na pewne uogólnienia. Wąskie uliczki, jasne lub pomarańczowe budynki, w centralnej częśći imponujące świątynie, parki, liczne fontanny. I oczywiście wpływy arabskie, które widać tu na każdym kroku.
Miodowa Andaluzja
W tym roku złamaliśmy się i postanowiliśmy spędzić wakacje w krainie upałów, a dokładnie na południu Hiszpanii. Więcej! Pierwszy raz skorzystaliśmy z usług biura podróży… Jesteście zdziwieni? Dość długo nie mogliśmy się na to zdecydować, ale jako że wyjazd miał mieć charakter miodowy, uznaliśmy że wycieczka zorganizowana to niezła opcja. Koniec końców postanowiliśmy spróbować. Co prawda szybko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie jesteśmy fanami grupowego zwiedzania, ale dostrzegamy też sporo plusów, o czym później.
Ar y Trên i Gymru mewn llai nag awr
W maju wybraliśmy się na kilka dni się do Cymru. Jak zwykle musieliśmy iść na kompromis w sprawie środka transportu… Początkowo miałam pewne opory przed kilkunastogodzinną wyprawą po torach. Niepotrzebnie, bo podróż koleją do Walii, choć trwała niemal dobę, okazała się nie tylko wygodna, ale i urozmaicona.
Pierwszy odcinek przejechaliśmy nocnym Janem Kiepurą do Kolonii. Mimo że pasażerowie z przedziału obok hałasowali pod wpływem napojów wyskokowych, a konduktor nie reagował (chyba tylko polscy konduktorzy boją się (?) zwrócić komukolwiek uwagę), nie było najgorzej i noc minęła szybko. (Gwoli wyjaśnienia, zazwyczaj dość twardo śpimy na kuszetkach).
Wąwozy wiosną wiją się i rosną…
…a przynajmniej obrastają, i to nie tylko sosną. Ciała wodne w maju wypełniają się ciałami mającymi dopiero obrosnąć w kończyny, lecz już teraz kłębiącymi się w oczekiwaniu na majometamorfozę.
Unas pocas palabras acerca de la cocina catalán
Jednym z najbardziej przyjemnych elementów podróżowania jest próbowanie lokalnych przysmaków i kuchni. Jako że oboje jesteśmy prawdziwymi łakomczuchami, zaraz po dotarciu do Barcelony zaczęliśmy się rozglądać za miejscem, w którym moglibyśmy zjeść coś dobrego. A trzeba przyznać, że wybór był po prostu ogromny. Jak przystało na miasto typowo turystyczne, w stolicy Katalonii niemal przy każdej, nawet najmniejszej uliczce można znaleźć kawiarnię, bar serwujący popularne tu tapas czy restauracje. Grzechem byłoby z tej oferty nie skorzystać, więc korzystaliśmy bez oporów, zajadając się krewetkami, małżami, kalmarami, a nawet ośmiorniczkami (choć te ostatnie zdecydowanie nam nie smakowały).








