Na zewnątrz prawie 30 stopni. Jak dla mnie, o wieeeele za gorąco. Lato się jeszcze na dobre nie zaczęło, a ja już rozmyślam o zimie… Może jednak trochę przesadzam… Wystarczyłoby, gdyby słupek rtęci za oknem zatrzymał się na 20 stopniach. Marudzę? I tak źle, i tak niedobrze…
Mamy duże zaległości na blogu. Przeglądam zdjęcia z zimowego wyjazdu do Austrii i stąd nostalgia za chłodem i śniegiem. Dzisiejszy wpis będzie o kapryśnej naturze pogody, która rzadko bywa taka, jaka powinna być, czy może raczej taka, jakiej byśmy chcieli.
Ale od początku. Jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie, tuż po świętach Bożego Narodzenia wybraliśmy się do Innsbrucku, by opiekować się dwoma austriackimi kotami – Luim i Syriuszem. Zadanie wydawało się łatwe, a koty słodkie. Przynajmniej na zdjęciach. Jak mieliśmy się przekonać, futrzaki te są tak samo zmienne i humorzaste, jak pogoda.
- Lui – wygląda niewinnie, ale to prawdziwy spryciarz.
- Syriusz – kot o dwóch osobowościach.
- Mam cię, sierściuchu!












